Przez dziesięć lat myślałem, że na tym obrazie napisane jest coś innego
To zdjęcie zrobiłem 8 czerwca 2014 roku. To mój ówczesny pokój — kanapa, szafa, budzik na stoliku. A nad kanapą obraz, który zamówiłem kilka miesięcy wcześniej.
Nie stało za tym nic głębokiego. Chciałem, żeby u mnie wyglądało ładniej. Na Facebooku znalazłem miejscową malarkę, Zuzanę Kolaďovą, i napisałem do niej. Przysłała mi propozycje tego, co mogłaby mi namalować, a kiedy zobaczyłem wśród nich drzewo, było po sprawie. Bonsai fascynowały mnie od zawsze, jak chyba każdego.
Na wzorze po brzegach były jakieś napisy i w tamtej chwili przyszło mi do głowy, żeby pójść o poziom wyżej. Nie chcę tam mieć ozdoby, chcę tam mieć zdanie. I chciałem je w hieroglifach.
Wygooglowałem sobie profesora, który zajmuje się starymi językami, napisałem do niego maila i poprosiłem, czy nie pomógłby mi z tłumaczeniem. Odpisał, że hieroglifami się nie zajmuje — ale jeśli chcę, zrobi mi to pismem klinowym.
Zgodziłem się. Dokument, który mi przysłał, ma datę 20 stycznia 2014 roku i mam go do dziś. Jest w nim to samo zdanie w trzech postaciach: ugaryckiej, hebrajskiej i akadyjskiej. Przy hebrajskiej jest też zapis w alfabecie łacińskim, więc da się ją przeczytać bez znajomości pisma. Na obraz poszła wersja akadyjska, pismem klinowym. Obraz jest z tyłu podpisany i datowany na 2/2014, więc Zuzana malowała go miesiąc po tym, jak przyszło do mnie tłumaczenie.
Dlaczego akurat to zdanie
Byłem wtedy kompletnie zagubiony. Nie miałem w życiu nic poza pracą i programowaniem. Żadnych kolegów. Praca, telewizor i jedzenie — to były trzy rzeczy, z których składał się mój dzień, i nic pomiędzy.
Rano nastawiałem sobie dwadzieścia budzików. Nie dwa, nie pięć. Dwadzieścia. Inaczej nie wstałem z łóżka.
I właśnie w tamtym okresie po dwóch latach wróciłem do metamfetaminy. To nie było pierwsze doświadczenie, i to jest zasadnicza różnica — to był powrót do czegoś, o czym już wiedziałem, co ze mną robi. Nikt o tym nie wiedział. Ani rodzina, ani ludzie w pracy. To ciążyło mi ze wszystkiego najbardziej. Nie samo branie, ale to, że byłem z tym sam.
W takim stanie wybierałem sobie zdanie na ścianę.
Co przez lata myślałem, że tam jest
Że jest tam coś o pomaganiu innym. Albo „pomóż sam sobie, a pomożesz innym", albo „pomóż innym, a pomożesz sam sobie". Dokładnego brzmienia nie pamiętałem, ale byłem pewny, że chodzi o dawanie.
W weekend otworzyłem ten stary dokument na nowo i przeczytałem go porządnie.
Wersja hebrajska brzmi ʿazor li, taʿazor lecha. To „li" znaczy mnie. To „lecha" znaczy tobie. Wersja ugarycka zbudowana jest dokładnie tak samo.
Pomóż mnie, a pomożesz sobie.
Nie innym. Mnie.
Co to znaczy
Człowiek, który o swoim problemie nie powiedział ani jednej żywej osobie, powiesił sobie nad kanapą prośbę o pomoc. W pierwszej osobie. Wprost.
I kazał ją napisać tak, żeby nikt jej nie przeczytał.
Najdziwniejsze jest to, że to nie był nawet mój pomysł. Ja chciałem hieroglify. Pismo klinowe zaproponował profesor, bo hieroglifami się nie zajmował. Więc ta kryjówka stała się jeszcze doskonalsza przez przypadek — pismo, które na Słowacji przeczyta może kilkadziesiąt osób, a mnie wśród nich nie ma.
Nie jestem człowiekiem, który widziałby w tym przeznaczenie. Nie sądzę, że ktoś mi to zesłał. Myślę tylko tyle, że prosiłem wtedy o pomoc jedynym sposobem, na jaki mogłem sobie pozwolić — takim, przy którym nie groziło, że ktoś mnie usłyszy. I że potem przepisałem sobie tę prośbę w głowie na coś nieszkodliwszego i dziesięć lat żyłem z tamtą wersją.
Minęło kolejnych sześć lat, zanim poprosiłem o pomoc na głos.
Obraz wisi w moim salonie do dziś.
Piszę o tym w książce — rozdział 1, podrozdział Smutek na duszy.