Okładka książki 7 lat do życia

Autobiografia · ~180 str.

7 lat do życia

Od 155 kilogramów i ukrytych uzależnień do akceptacji siebie

Książka ukazuje się w 2027. Więcej informacji wkrótce.

Dlaczego to nie jest kolejna książka motywacyjna?

To nie jest kolejna książka motywacyjna pełna pustych frazesów o tym, jak cudownie schudnąć. To surowe i miejscami bolesne wyznanie o tym, jak nisko może upaść człowiek, gdy zaczyna uciekać przed samym sobą.

Zaczyna się w dzieciństwie, przy krzykach za drzwiami i nocach pod kołdrą. W środku jest ciemny pokój, w którym ze 155 kilogramami i uzależnieniem od metamfetaminy czekałem na własny koniec — schizofreniczne urojenia, izolacja, samotność bez dna. Mówiłem sobie, że moim problemem jest waga. W rzeczywistości był nim brak miłości własnej i smutek, który nosiłem z dzieciństwa.

Ale książka nie jest tylko o upadku. To szczegółowa mapa drogi powrotnej — wraz ze wszystkimi miejscami, gdzie z niej zbaczałem. O tym, jak przestałem się wymawiać, jak nauczyłem się mówić życiu „TAK" i jak z mężczyzny, który przez brzuch nie mógł zawiązać sznurowadeł, stałem się kimś, kto biega półmaratony i stał na najwyższej górze Europy.

Nie znajdziesz tu żadnych diet. Znajdziesz tu moje własne notatki i nauki, które ta droga kosztowała mnie lata. Pisałem to dla każdego, kto dziś kłamie sobie tak, jak ja kiedyś kłamałem sobie.

Fragment książki — Zdradziłem światło

Powoli wracałem do normalności. Praca, którą sobie znalazłem po tym wszystkim, mi odpowiadała. Szybko się w niej zadomowiłem, jakbym wreszcie trafił tam, gdzie należę. Wszystko wskazywało na to, że będzie już tylko lepiej. Może tak przez chwilę nawet było.

Ale coś we mnie pozostawało ciche i żywe jednocześnie. Coś, co nie znikało ani z nowym mieszkaniem, ani z wypłatą, ani z codziennym sukcesem. Samotność. Nie ta zwykła, którą czujesz, gdy nie masz z kim pójść na kawę. Ta głębsza — zakorzeniona w ciszy, w dzieciństwie, w nocach, które wydają się nieskończone, nawet gdy jest się już dorosłym i ma się pod kontrolą cały dzień.

Ta samotność nigdy nie przemijała. Tylko ucichła. I w tej ciszy czaiła się. Czekała na chwilę, kiedy będzie mogła znowu się odezwać. Nie chciałem jej słyszeć — kto by chciał? Ale im bardziej udawałem, że wszystko jest w porządku, tym głośniej wkradała się w moje myśli.

I tak pewnego dnia uwierzyłem staremu kłamstwu. Że trochę ulgi pomoże, mała ucieczka, jeden wieczór. Może i pomogło. Na chwilę. Ale znałem cenę tej chwili. Raz już ją zapłaciłem — i zrobiłem to znowu.

Znowu wziąłem metamfetaminę.

Przyszło mi do głowy, że tylko raz. Tylko żeby przypomnieć sobie to uczucie. Jeden wieczór, jedno zapomnienie.

Wystarczyło kilka telefonów. W ciągu dwóch godzin miałem w domu dziesięć dawek. Powiedziałem sobie, że wezmę jedną. Tylko jedną. Resztę zatrzymam na później. Ale to „później" przyszło następnego dnia. I znowu. I znowu.

Mówi się, że kiedy złamiesz abstynencję, nie zaczynasz od zera. Kontynuujesz tam, gdzie skończyłeś. Dokładnie tak się stało. Był czwarty dzień i już nie wiedziałem o sobie. Nie miałem pojęcia, co robię ani dokąd zmierzam. Byłem tak naćpany, że rano nie poszedłem do pracy. Nie odbierałem telefonu. Było mi to obojętne. Wszystko. Wszyscy.

Znowu upadałem. Ale inaczej niż przedtem. Ciszej. Głupiej. Świadomiej.

Zdradziłem światło, które wcześniej ciągnęło mnie na zewnątrz. A przecież sam je zapaliłem. Sam je też ugasiłem.

Przestałem dopiero wtedy, gdy wydałem wszystko, co miałem. Wszystkie dawki. Całą energię. Całą dumę.

Dopiero gdy mój umysł trochę się rozjaśnił, dotarło do mnie. Urywki wspomnień — ktoś pukał do moich drzwi, ktoś stał za ścianą i wołał moje imię. Nie wiem kto. Nie wiem dlaczego. Wiem tylko, że się nie ruszałem. Udawałem, że nie istnieję. Tylko żeby nie znaleźli mnie leżącego naćpanego na podłodze w łazience. Tylko żeby nikt nie widział tej hańby.

A teraz? Teraz po prostu siedziałem i patrzyłem w ścianę. Jak wrócę do pracy? Jak to wyjaśnię? Co powiem, gdy będą pytać?

Wtedy do mnie dotarło. Co zrobiłem. Co zagroziłem. Pracę, którą lubiłem. Stabilizację, którą z trudem zbudowałem. Mieszkanie, w którym po latach czułem się jak w domu. Ale przede wszystkim zdrowie. Ostatnią rzecz, którą mi jeszcze pozostała.

W pracy skończyłem na przesłuchaniu. Wymyśliłem głupie kłamstwo, w które na pewno nikt nie wierzył. Dostałem nieusprawiedliwioną nieobecność i upomnienie. Nikt nic nie powiedział głośno, ale czułem, że wszyscy wiedzą.

Tego wieczoru siedziałem w pokoju ze ściśniętym żołądkiem. Patrzyłem w podłogę, cicho jak nigdy wcześniej. Myślałem o tym, co zrobiłem i co wszystko postawiłem na szali. I choć może jeszcze głęboko w sobie czułem, że to nie ostatni raz, tego wieczoru powiedziałem sobie, że koniec.

Nie dlatego, że wiedziałem jak dalej. Nie dlatego, że miałem siłę. Ale dlatego, że nie było już dokąd iść. Byłem pusty. Wyczerpany. Zmęczony sobą.

I tak postanowiłem, że z metamfetaminą koniec. Musi tak być. I nawet jeśli może jeszcze w to nie do końca wierzyłem, przynajmniej zacząłem iść we właściwym kierunku.

Bo nawet iluzja nadziei jest więcej niż nicość.

Czego nie znajdziesz w książce

  • Diet ani jadłospisów.
  • Planów treningowych.
  • Instrukcji, jak schudnąć.
  • Fachowych porad dotyczących uzależnienia.
  • Obietnicy, że każdemu się uda.
  • Motywacyjnej puenty na końcu każdego rozdziału.

Jest tu tylko to, co naprawdę się wydarzyło — łącznie z miejscami, gdzie schodziłem z drogi.

Dla kogo piszę

Nie piszę tego dla ludzi szukających inspiracji. Piszę to dla ludzi, którzy okłamują siebie — tak jak ja okłamywałem siebie przez lata. Dla tych, którzy wiedzą, co powinni robić, ale robią coś innego. Nie dlatego, że są słabi, ale dlatego, że brakuje im czegoś, czego jeszcze nawet nie potrafili nazwać. Tej rzeczy szukałem przez siedem lat.