Jozef Môstka

Z dwóch lat mojego życia nie mam ani jednego zdjęcia.

To są lata 2018 do 2020. Nie tak, że nie wychodziłem z domu — chodziłem do pracy, siadałem wśród ludzi, robiłem to, co powinienem. Ale wstydziłem się. Za to, jak wyglądam, i za to, jak spędzam wieczory.

Te wyglądały każdego dnia tak samo. Pokój, narkotyki, pizza i chipsy, Simpsonowie w kółko. Schizofreniczne urojenia miałem wtedy już pod kontrolą, najgorsze miałem za sobą. Został wstyd, który nigdzie nie odszedł.

Kiedy przyszła pandemia i z nią praca zdalna, była to ulga. W końcu nie musiałem być wśród ludzi.

Nikt w takim stanie się nie fotografuje. Kiedy dziś szukam, jak wtedy wyglądałem, nie znajduję nic. Ten człowiek nie zostawił po sobie ani jednego ujęcia.

Żarówka w ręku

Nazywam się Jozef Môstka, mam trzydzieści dziewięć lat i mieszkam w Tvrdošínie na Oravie. Od czternastu lat pracuję jako programista. Wykształciłem się na kucharza-kelnera, a programowania nauczyłem się sam — bez szkoły, bez kursu, czytając i próbując, dopóki coś nie zaczęło działać.

To jest ta część życiorysu, która brzmi przyzwoicie.

Druga część: w 2011 roku przez pół roku w Bratysławie brałem metamfetaminę każdego dnia. Ćpałem w domu, gdzie ściany były pokryte pleśnią, a na podłodze leżał stary materac. Ja i żarówka w ręku.

Potem przestałem. Chwilę to wytrzymało. Przez kolejne dziewięć lat wracałem do tego, za każdym razem z przekonaniem, że mam to pod kontrolą. Ostatni raz w 2020 roku.

Schudłem i to nie pomogło

W 2017 roku schudłem ze 130 kilogramów do 100. Ćwiczyłem każdego dnia, trzymałem dietę. Działało.

Tylko że rozwiązywałem złe pytanie. Rozwiązywałem, ile jem. Nie dlaczego jem.

W lutym 2018 roku ważyłem 109,6 kilograma. Potem przestałem się ważyć. Nie dlatego, że zapomniałem — dlatego, że nie chciałem wiedzieć.

Karton na klatce schodowej

8. czerwca 2020 roku przywieziono mi do domu bieżnię. Rano o wpół do dwunastej stał karton na klatce schodowej, o piątej po południu bieżnia stała w salonie. Sto dziesięć kilo stali za 944,90 euro, potrafiącej jechać dwadzieścia dwa kilometry na godzinę.

Kupiłem ją po to, żeby chodzić na niej piętnaście minut dziennie. Na więcej wtedy nie miałem.

Trzy dni później stanąłem na wadze. 155,3 kilograma. To najwyżej, co kiedykolwiek zmierzyłem, i była to pierwsza liczba, którą po dwóch latach dowiedziałem się o sobie.

Pierwsze trzy miesiące zeszło dziewięć kilo. Przez kolejne jedenaście miesięcy trzy.

To jest ta część, której w takich historiach nikt nie mówi. Że człowiek podejmuje decyzję, kupuje maszynę za tysiąc euro, chodzi na niej cały rok — i prawie nic się nie dzieje.

Pytanie, od którego nie mogłem uciec

Punkt przełomowy przyszedł jesienią 2020 roku i nie stała za nim żadna książka ani dobra rada. Stało za nim pytanie. W trzy lata przeszedłem ze stu kilogramów na sto pięćdziesiąt pięć. Gdzie będę za kolejne trzy?

Z narkotyków wyciągnęła mnie w końcu ucieczka do mamy i jej objęcie. Bez warunków i bez pytań. Potem przyszedł ranek, w którym postawiłem sobie granicę, która obowiązuje do dziś.

W ośrodku leczenia nie byłem. Abstynuję od 2021 roku. Co tydzień chodzę do klubu abstynentów AK ZMENA w Tvrdošínie — siadamy, mówimy, co się w ciągu tygodnia wydarzyło, i idziemy do domu. Nic więcej to nie jest. I wystarczy.

Co robię dziś

Od marca 2023 roku ćwiczę cztery razy w tygodniu. Przebiegłem piętnaście półmaratonów i jeden ultramaraton. Hartuję się. Wspinam się na ferratach.

10. lipca 2025 roku stałem na szczycie Elbrusu. 5 642 metry, najwyższy szczyt Europy. Wybrałem go dlatego, że było to dla mnie największe możliwe wyzwanie — dla faceta, który kiedyś przez brzuch nie mógł zawiązać sznurowadeł.

Dziś ważę 105 kilogramów.

Dlaczego o tym piszę

Siedem lat zajęło dostanie się stamtąd tutaj. Nie przez diety i nie przez plany treningowe. Przez to, że musiałem się zatrzymać przy smutku, który niosłem z dzieciństwa, i nauczyć się lubić siebie. Napisane to brzmi prosto. Przeżyte proste nie było.

Piszę o tym książkę. Nazywa się 7 rokov k životu. Autobiografia, sześć rozdziałów, własnym nakładem.

To nie jest poradnik motywacyjny i nie kończy się zwycięstwem. Ostatni rozdział odwraca wszystko, co poprzednie, do góry nogami — i właśnie tym w końcu przesuwa się we właściwym kierunku. Co się w nim wydarzyło, zachowam do książki.

Od czasu do czasu dodaję tu też notatki — krótsze teksty o tym, co powstaje, podczas gdy powstaje ta książka.