Co redaktorka zarzuciła mojemu pierwszemu rozdziałowi

Otvorený notebook na drevenom stole v kaviarni, na obrazovke rukopis knihy 7 rokov k životu, vedľa káva a limonáda na podnose.

Pierwsza informacja zwrotna od redakcji

Mieć gotowy rękopis to jedno. Do książki jest stamtąd jeszcze daleko.

Kiedy dopisujesz ostatnie zdanie, masz wrażenie, że skończyłeś. Nie skończyłeś. Masz surowiec. Potem przychodzi szereg etapów, o których dwa lata temu nie wiedziałem zupełnie nic: redakcja, korekta językowa, skład, okładka, druk. I ten pierwszy jest z nich najbardziej nieprzyjemny.

Redakcja nie oznacza poprawiania literówek — to dopiero korekta i robi ją inna osoba. Redaktorka zajmuje się tym, czy tekst działa. Czy budowa rozdziału się trzyma, czy gdzieś się nie nudzisz, czy to, co chcę powiedzieć, naprawdę mówię. Przeczyta rękopis, a potem powie ci, jak źle wygląda twoja książka. Że treściowo jest ciekawa, że ma siłę — ale tak wyjść nie może. W żadnym razie.

Jak to się zaczęło

Pierwszy raz przeżyłem to rok temu. Rękopis wysłałem do wydawnictwa Publico. Przeczytali go w całości i odezwali się całkiem pozytywnie. Jednocześnie napisali, że trzeba będzie dużo przepisywać.

Wtedy miałem świeżo dopisany ostatni rozdział. Byłem u kresu sił i kiedy wyobraziłem sobie, ile roboty jeszcze mnie czeka, odechciało mi się. Zamknąłem dokument i zostawiłem to tak.

Minął rok. Dałem rękopis do przeczytania najbliższym i oni powiedzieli mi jedno zdanie, które to wszystko na nowo uruchomiło: że to nie ma zostać w szufladzie.

Więc go odkurzyłem. Wygooglowałem redaktorów, napisałem kilka maili. Większość się nie odezwała. Jednej z nich wysłałem fragmenty i spodobały jej się — napisała mi nawet, że widzi miejsca, w których mógłbym to napisać jeszcze bardziej surowo. To było zdanie, po którym wiedziałem, że chcę spróbować z nią pracować. Umówiliśmy się na próbną redakcję jednego rozdziału. Ona zobaczy, czy to ma sens. Ja zobaczę, czy się rozumiemy.

W zeszłym tygodniu przysłała mi komentarze. Dziś do nich usiadłem.

Jak taka informacja zwrotna wygląda

Wyobrażałem sobie listę. To nie jest lista. To dokument z moim tekstem, w którego marginesy wpisane są uwagi — gdzieś jedno zdanie, gdzieś cały akapit. Miejscami od razu napisała mi, jak przeformułowałaby ten fragment, żebym zobaczył różnicę i mógł porównać. Nie po to, żeby napisać to za mnie, ale żebym zrozumiał, o czym mówi.

Większość komentarzy nie dotyczy stylistyki. Dotyczą tego, czego w tekście brakuje.

Co mi zarzuciła

Zbyt szybko załatwione momenty. To jest największa słabość. Najważniejsze wydarzenia mam streszczone w kilku zdaniach. Pierwsza działka. Powstanie uzależnienia. Utrata kontroli. Początek leczenia. Wszystko przebiega tak szybko, że czytelnik nawet nie zdąży tego przeżyć. Napisała mi, że właśnie te miejsca domagałyby się konkretnej sceny — nie streszczenia.

Wstęp, który zdradza cały rozdział. Rozdział otwieram kursywą. Tyle że ta kursywa opowiada cały łuk z góry, a tekst główny przechodzi potem tę samą drogę jeszcze raz. Zaproponowała, żeby wstęp budował napięcie, a nie rozpuszczał je z wyprzedzeniem.

Powtarzanie tych samych chwytów. To zaskoczyło mnie najbardziej, bo zupełnie sobie tego nie uświadamiałem. Krótkie, usamodzielnione zdania. Konstrukcje „nie… nie… ale…". Ciągle w kółko „a ja…". Metafory ciemności, światła, dna, głosu i ciszy. Kiedy jest tego w jednym akapicie za dużo i wszystko ma ten sam dramatyczny nacisk, efekt brzmi sztucznie. Dokładnie odwrotnie niż chcę.

Zdania, które sobie przeczą. W dwóch miejscach napisałem coś, co znaczy niemal odwrotność tego, co chciałem powiedzieć. Przy pisaniu nie zobaczyłem tego ani razu. Ona znalazła to w jeden wieczór.

Lista zamiast przeżycia. Jeden akapit to wyliczenie pojęć — urojenia, strach, załamanie, diagnoza. Nazwałem to, ale nie pokazałem. A akapity, które następują potem, pokazują to bardzo przekonująco. Więc ta lista tylko je osłabia.

Najsłabsze jest zakończenie. Po bardzo konkretnych i nieprzyjemnych przeżyciach tekst zsuwa się w ogólne zdania motywacyjne. Napisała, że są prawdziwe, ale wymienne z dowolną inną historią. To trafiło mnie najbardziej. Dokładnie tego chciałem uniknąć i i tak mi się to przydarzyło — i to w tym miejscu, gdzie widać to najbardziej.

Co mnie czeka

Pół roku pracy, która nie jest pisaniem, tylko przepisywaniem. To dwie różne rzeczy i ta druga jest trudniejsza.

Szósty rozdział muszę dopisać. Pozostałe pięć muszę przejść ze świadomością, że te same błędy będą w nich też — Lenka napisała mi to przy kilku komentarzach wprost: „to jest w całym tekście". Więc to nie jest poprawa jednego rozdziału, tylko zmiana sposobu, w jaki piszę.

Konkretnie: wrócić do miejsc, które załatwiłem streszczeniem, i napisać je jako scenę. Uzupełnić fakty, które mam w głowie, ale nie na papierze. Rozbić powtarzające się konstrukcje zdaniowe. Skreślić zakończenia, które brzmią jak plakat.

Potem będzie korekta językowa od innej osoby, skład, okładka, druk. Ale to dopiero potem.

Dziś siedziałem nad tym kilka godzin i poprawiłem może trzy strony.

To jest trudne. I kiedy wyobrażę sobie, co mnie czeka przez najbliższe pół roku, nie wiem, jak mam się czuć. Ale i tak się cieszę. Bardzo się cieszę. Chyba jestem naiwny.