Przecież ty nie jesteś uzależniony

Pootvorené dvere do prázdnej miestnosti, v ktorej stojí jedna biela stolička na drevenej podlahe.

Pierwszą osobą, której powiedziałem, że chodzę do klubu abstynenta, była moja mama.

Jej reakcja mnie zaskoczyła. Klub abstynenta? Przecież ty nie jesteś uzależniony.

To nie był zarzut ani niedowierzanie. Ona naprawdę nie wiedziała. O moich uzależnieniach nie wiedział wtedy nikt.

Piszę ten tekst dlatego, że o klubach abstynenta większość ludzi ma wyobrażenie z filmów, a to wyobrażenie odstrasza dokładnie tych, którym klub pomógłby najbardziej.

Czy to jest jak z amerykańskich filmów?

I tak, i nie.

Siedzimy przy stole i rozmawiamy. To jest ta część, która filmom odpowiada. Nikt nie wstaje, nic się nie recytuje i nikt nie będzie niczego od Państwa chciał.

Pierwsza wizyta

Kiedy przychodzi się pierwszy raz, siada się z innymi przy stole i słucha.

Nie trzeba powiedzieć ani słowa. Wyjść można w każdej chwili.

Wszyscy klubowicze po kolei opowiadają swoją historię uzależnienia, jeden po drugim. Każda z tych historii jest zupełnie inna, a mają jeden wspólny mianownik. Alkohol. Automaty. Hazard. Leki. Pornografia. I kolejne diagnozy.

Nowy człowiek tego wysłucha i z każdej historii może wziąć szczyptę. Nawet gdyby wziął jedną jedyną rzecz z jednej jedynej historii, to też jest sukces.

Na koniec pytamy go, czy chce coś powiedzieć.

Ktoś powie tylko swoje imię i to, że ma problem z alkoholem. Ktoś powie więcej. Jeśli powie więcej, staramy się doradzić, jak zacząć abstynencję. Ale nie musi mówić nic i nikt go do tego nie będzie zmuszał.

Druga wizyta i wszystkie następne

To kółko już się nie powtarza. Rozmawiamy o tym, co mamy właśnie w życiu.

Kogoś wkurzył szef. Innego w tej chwili nic nie cieszy i nie wie, jak ruszyć z miejsca. Kolejny powie, że rano znowu był biegać i jak bieganie zmienia mu życie.

Ja zwykle się chwalę. Mówię, co przeżyłem przez ten tydzień i że byłem znowu o kawałek szczęśliwszy niż tydzień wcześniej.

To nie jest terapia. To dwie godziny, podczas których siedzi się wśród ludzi, którzy wiedzą, o czym się mówi, i nie trzeba im tego tłumaczyć.

Jak to tam wygląda

Pokój z trzema stołami złożonymi w kwadrat i krzesłami dookoła.

Nasz przewodniczący jest takim człowiekiem, że po przyjściu każdemu robi herbatę albo kawę, proponuje wodę mineralną i rozkłada na stole jakieś dobroci. To nie jest formalne spotkanie. To jest stół z kawą.

Chodzą tam ludzie w każdym wieku, raczej jednak starsze roczniki, trzydzieści i więcej. Zawody zupełnie różne.

Co mi to daje

Przypomnienie.

Za każdym razem, kiedy tam siedzę i przychodzi ktoś nowy, robimy to kółko i ja znowu wysłuchuję tych historii. I raz za razem przypominam sobie jedną rzecz.

Od tego, żebym skończył w tym rozwalonym domu w Bratysławie, na starym spleśniałym materacu ze strzykawką w ręce, dzieli mnie jedno upicie i jedna działka.

Nic więcej. Lata abstynencji nie zmieniają w tym nic. Właśnie dlatego chodzę tam i dziś, kiedy od dawna nie mam ostrego problemu — bo to poczucie, że go nie mam, jest dokładnie tym, co bywa początkiem końca.

Gdyby się Państwo nad tym zastanawiali

Nie trzeba się niczego bać.

Nikt się nie dowie, że się tam było. Mamy surowe zasady, że z klubu nigdy nic nie wychodzi. To nie jest grzecznościowy zwrot, to warunek, na którym stoi cała rzecz.

A jeśli ktoś się boi, że wyjdzie na jaw, że jest uzależniony, powiem to, czego nauczyłem się na sobie: zwykle wszyscy wokół uzależnionego wiedzą o tym dużo wcześniej niż on sam.

Kluby są na Słowacji dość rozpowszechnione. Każde większe miasto ma swój, na Orawie nawet mniejsze wsie. U nas są w Námestovie, Trstenej, a mój macierzysty jest w Tvrdošínie.

Listę i więcej informacji można znaleźć na askas.sk.

Przyjść można bez zapowiedzi. Usiąść i milczeć też.